AMERICAN BEAUTY
Moje dzieciństwo w Dalmacji było na wskroś amerykańskie.
Amerykańskie jak guma do życia, amerykańskie jak Tom i Jerry,
nawet Alfreda Hitchhocka spotykałem u nas w ogrodzie.
W marynarce, z cygarem w ustach zrywał pomidory.
Doskonale pamiętam te czarno-białe wiatraki,
ich metalowy świst i morderczą prędkość
na zwolnionych ujęciach.
Kapitalizmu uczyła mnie Dynastia, choć kiepski był ze mnie uczeń.
Dobrze pamiętam tylko tę intrygantkę
z różową szminką i sztucznymi włosami.
Najbardziej uwielbiałem galaktyczny rzut
Popeye’a szpinakiem z puszki w mięśnie
a do tego pojękiwanie czarnej Oliwii.
Już przed Aksamitem bawiłem się Kaczorem.
W głowie zawrócił mi dopiero Frank Sinatra,
ciepło łamał mu się głos, grywał nieczułych detektywów.
Poczucie bezpieczeństwa i siłę czerpałem głównie
z grzywy Metro-Goldwyn-Mayer.
Amerykańskie dzieciństwo pod Splitem z czeską matką
i chorwackim ojcem obecnym tylko połowicznie.
Idylla w ciemnym salonie z rozległą
ścianą i cieniem figowców
– w nagrodę Coca-Cola przed telewizorem.
źródło: Wakat
9.09.2026