Plemnik lotnika
w knajpie gra zespół papierosy, ale nie daje
czadu. zaczyna być duszno, zaczyna być disco,
kelnerka ambrozja kiwa się bez taktu. na środku
głowy barmana z wolna wyrasta śmigło, wyrasta cokół,
skroń pokrywa się granitem. w przepoconych szklankach
kotłuje się śmietanka, koncesję stracili po ostatnich burdach,
pół dnia rozwożono zwłoki we właściwe miejsca. barman
nie ryzykuje, zmierza pewnie do celu jak pies posokowiec
albo ranny borowik, tylko on wie co jest grane,
mimo szarpanych wad słuchu. gdyby udało mu się
wychować poczucie misji, z pewnością osiągnąłby klęskę,
przez sąsiadów z południa zwaną zdrobniale peniskiem
ale nie dziś, dziś ognie pachną godnie a wstążki mienią się
wszystkimi odcieniami czerni. klienci są marni, ale wierni,
stały parter zwiększa bezpieczeństwo mimo niepodważalnego syfu.
barman myśli pobłażliwie, disco bierze wszystko,
barmanowi wyrasta skrzydło, na drugie nie zasłużył,
zespół papierosy wyraźnie się rozpala, barman
(silna, słowiańska mimika) skręca coś w nosie, alkohol
jeszcze nigdy nie był tak punktualny.
źródło: Wakat
9.09.2026