1.
Niesie mnie jeszcze własne późne kwitnienie.
Mimo plam, szwów, sztywnych lędźwi,
uniesionych ramion. Kiedy się myśli:
chcę umrzeć, myślę:
ktoś we mnie tak bardzo chce żyć,
że wciąż wypluwa na światło
tę mrocznolubną zgubę.
Więc mówię do niej: nie obejmuj mnie
dłońmi, ja ciebie obejmę,
przed nami morza i ciepła,
ręce, które leczą. Lecz się,
kochana, wezmę cię
na wczasy i zabiorę w drogę,
ułożę cię
na piachu i ziarnko po ziarnku zasypię
ci oczy. Pojedziemy w góry
i czas od nas odejdzie,
my odejdziemy od czasu – do czasu,
będziemy przykrywać stopy kraciastym pledem.
Spójrz, jestem, kiedy cię
nie widzę,
jestem, kiedy nie topisz mnie w wannie,
nie układasz do snu.
Dlaczego ta historia z noszeniem po domu
niewybrednych bólów, dla kogo te pęta?
Czy nie praktyczniej byłoby oszczędzić
z czystej ciekawości?
I jeszcze: może możemy zrobić sobie
dziecko – czarną kładkę nad tą czarną rzeczką –
które zwieje w jakąś drugą stronę.
Pomyśl – to by było życie!
Daruj mi dziś, bo ono może się jeszcze
okazać, w błysku, o którym słyszałam,
że bywa, że musi nas znaleźć.
Święty flesz,
ścieżka, którą stąd wyjdziemy.
źródło: Wakat
9.09.2026