Hannah Arendt w raporcie z procesu Eichmanna Jerozolima, Izrael, maj 1962
Poezja tu nie wystarcza.
Ponad tysiąc stron raportów.
Każde słowo poprzedzone imieniem.
Każde imię to człowiek: ciało i dusza.
Każdy niech odpowiada za to,
co powiedział, co uczynił.
Nie przed Bogiem, przed ludźmi.
Przed sędziami.
Tu nie ma miejsca dla poezji.
Tłoczą się paragrafy, zasady, artykuł
za artykułem. Ustawy, konstytucje,
rezolucje, poprawki.
Beznadziejna próba – jedyna, która się liczy –
by zobaczyć zło, skojarzyć je z imieniem,
imię z osobą, osobę postawić przed sądem.
Cierpliwie podążać za każdą krzywą liter,
żeby cel nie umknął nam sprzed oczu.
Zapomnieć o własnym bólu.
Ograniczyć zło. Tylko to.
Nie, poezja tu nie wystarcza.
Ale to właśnie z niej bierze się światło,
które potrafi unaocznić zło.
Jedynie dzięki jej dokładności
jestem w stanie oddzielić warstwy
rzeczywistości osobistej i powszechnej,
podążać za niebywałą powierzchowną
zależnością przyczyn i skutków.
Rozpadły mi się wszystkie systemy sprawiedliwości.
Rozpadł mi się język.
Odtwarzam go,
cierpliwie, dokładnie,
strona za stroną, strona za stroną.
Język nie jest mi potrzebny,
żeby być sobą.
Blizna na języku
pomaga mi,
świadczy czujnie.
Gdy piszę, cały czas
podpowiada mi
niezgodności, niszczące absurdy,
rozwiązłe gry słów
i losów, całą paletę niesamowitości;
z dziką, niepowstrzymaną siłą
wyrywa mi z rąk prawdę
i zwraca mi ją taką samą, lecz zmienioną:
z cieniem, niewymierną, głęboką
i drżącą;
dopiero ta prawda rzeczom nadaje kształt,
działaniom znaczenie.
źródło: Wakat
9.09.2026