dziwne wiersze
zaloguj się

Ryba latająca

„Głęboka zieleń kwitła owocami” – czy tak się zaczyna oficjalna deklaracja wygwizdanych dziewcząt? Niezależnie, w jakiej konfiguracji należałoby spojrzeć na to, co było rozsypane po bokach ulicy, ciemność nie pozwalała Tego nazwać. Oczywiście smętne parady budziły czujność szczerozłotych urzędniczek, o piątej kończę, wpadnij do mnie, zatańczymy pod stołem, zostawię wiatrak na parapecie, to będzie nasz znak. W tych biurach, w tych żałosnych miejscach, w których nierząd to rząd porządkujący każdą hierarchię (oby nic z przygody), w tych właśnie biurowcach w piwnicach bulgotała ciepła strawa dla zwierząt. Przenosiny do domków za miastem, gdzie kultywuje się porządek, szczotkę ryżową i krótkie włosy kobiet, jak one trzeszczą, spoglądając na to i na tamto, przeróżnie. Naprawdę serdecznie pozdrowią wszystkich starych znajomych, krzyżując palce, lepiej chuchać na zimne… błyskawiczny zachód słońca, uff.
Był i rynek z dużym drzewem pośrodku lub pomnikiem Nostradamusa. Jego czoło pokrzepiły ptaki, których nie szło odgonić. Jest mały sklep, w nim pani, wdowa, która sennie oddaje się rozpuście otwierania i zamykania kasy, z potrzeby serca, powiedziała mi pani oli zmruż-oczko, ona to robi z potrzeby serca. Doskonali się.
Jak rozwalić ten obraz, coraz bardziej żałosny i cumujący trwogą, jak roztrzaskać jego niedbałą konstrukcję. Zwichrować ram-my-ranne kołowrotki we krwi, jeszcze stać cię na dowcipkowanie, aha, aha, skoro o tym mowa, w biurze zajaśniało sto pięćdziesiąt kwadratów, ludzie chodzili pomyleni.
Kolumny zrobimy z pianki izolacyjnej, drewniane płyty schowamy pod tym daszkiem, oby wzeszły dzikie rośliny piszczące na widok ciemnych lądów, wybijające szybkę gablotki, stuk-puk, jakie dzielne i konsekwentne ich nieposłuszeństwo. Ale są obwiązane skórzanymi pasami, nity srebrne, nieregularne słupy ognia po bokach, trzoda zabłąkana spogląda nerwowo, zwrócimy koszty, zwrócimy wam koszty, tylko podpiszcie umowę o dzieło, a potem cichutko spieprzajcie. Wyciszcie się i spieprzajcie, gdzie rośnie kamień na kamieniu, tryskajcie źródła radością na myśl o nas. Metalowe zderzaki, wygłupy, kiedy nadchodzi, nadchodzi rytmicznie przyzywanie. W gablotce ustawiono lepkie woskowe walce, miały wyjechać poza świątynię. Wytworna emalią lamówka jego ust, ich ust, przeszywająca mnie kolorem w najmniej spodziewanych momentach, plącząca moje kroki, związująca mowę. Bałam się odwracać głowę za każdym razem, gdy wiedziałam, że ją gubię umyślnie.
Jest apteka, w której sprytny dobroczyńca, żeby cię połamało, sprzedaje najtańsze leki, do których dorzuca zaklęcia, sam jest ich tajemniczym autorem, ale pragnie zachować anonimowość, gdyż sądzi, że dzień pański niedaleko, a ty kaleko posraj się z bólu, ostatecznie diabli nadali tę wiadomość. W kątach apteki wyciętej leżały złoża odpadów. Nikt nie zamierzał Tego nazwać, a farmaceuta nie lubił, gdy ktoś się do nich zbliżał, podnosząc rękę i otwierając usta na ochotnika.
– Mnóstwo kamieni – oceniła żona aptekarza, lecz czy wyznała przy tym grzechy, o tym księgi milczą. Tak czy siak, nadmierna potliwość dźwigania i to jej sapanie słychać było już w korytarzu. Ściany pokryte czarną warstwą farby rozlewanej niechlujnie stanowiły tło, z którego wyłaniała się jej płaska twarz. Na prześcieradłach wisiały oficjalne informacje, karmiono nimi całe rzesze młodziutkich adeptów. Trudno było powiedzieć, dokąd prowadził ten szlak, choć czasem łapałam się na tym, że spoglądała ciekawie na mnie i mrużyła oczy. Taśmą izolacyjną powiązano wątki, generalnie zupełnie nie powinny się zmieścić w tym obrazie. Nikomu nic do tego. Metalowe pręty przyspawane do stożków z baraniego łoju ciągnęły cicho sanie, wycierając miękkie płaszczyzny kamienną przestrogą.
Kościół stał pusty, lecz w nawie wśród złotej polichromii stały usypane kopce żarliwie odkładanych słów. Ulegały zniszczeniu i nie nadawały się do użycia w praktyce umierania. Niebieski chram był zamknięty, lecz znalazłam wejście przez Jego bok.
Przechyliłam sennie głowę i zostałam porwana przed gońca. Wykrzykiwał w powietrzu najróżniejsze przezwiska. Nie wiedziałam, czy właściwie wybrał pasażerkę owego lotu, ale w pewnym momencie przestałam się nerwowo wiercić. Spojrzałam na gońca, nie miałam złudzeń, bez oczu mu było naprawdę do bez-twarzy. Nie ma jak lot popołudniowy ze skowronkiem łuskanym z mdłego ziarna. Byłam zakochana za nim jeszcze.
według noty Wakat: z przygotowywanej wówczas do druku książki „Stelle”.

źródło: Wakat

komentarze

jeszcze nie ma komentarzy