Kobieta o imieniu Nadzieja
Cztery miesiące z rzędu szły deszcze,
zgniatając zasiewy,
obijając sady,
szły jak poborowi,
starannie podlewały przydrożne krzewy,
przeciągały jak mogły
swój wymarsz na cudzą wojnę.
I nikt z nas nie wiedział,
gdzie naprawdę znajduje się strefa działań bojowych
i nie wyobrażał sobie realnych rozmiarów strat.
Ale dla podniesienia ducha
przybyła do nas kobieta o imieniu Nadzieja,
która w ogóle nie zamierzała umierać.
Każdy mężczyzna, powtarzała,
ma swoją osobistą wojnę
i rozgrzaną broń w rękach,
którą jest gotów trzymać do śmierci,
a wygrana – jej jest wszystko jedno z kim
ona jest jak kurwa
ona
nie należy do nikogo.
I słuchaliśmy,
jak w jej gardle przetaczają się grzmoty,
kiedy nam śpiewała
swoje dziwne marsze i kołysanki,
i w każdej kropli jej dezynfekującej śliny
była trucizna miłości.
Bo u każdej kobiety,
mówiła,
bywa taka miłość,
która osuwa ją na kolana,
wpycha lufę do ust
i – nie zabija.
I wtedy idą przez nią deszcze,
za rotą rota,
żeby zmyć jej krew.
źródło: Wakat
9.09.2026