Myślałam, że będę mówić, ale czytałam klasyków[1]
Na wysokości ust czujesz: roślina mroku. Znaki po ospie, pąki,
mruganie. Obce jest wszystko: pastwisko nieprzytulne i szorstkie,
łozy winne na zboczach z gliny, ich zziębłe, zielone paciorki.
Siedzieliśmy tam paląc papierosy o piątej nad ranem.
Myślałam, wreszcie będę mówić. Tyle się we mnie słów zebrało,
dojrzałych i twardych. Nie spałam przez trzy noce albo trzy dni
i moje oczy są bardziej czerwone niż białe. Żyję w przedsionku
jak na słonecznym podwórzu. Jest dom i korytarze ciemne i kryjome;
zwinięty dywan prosto z serca, twoje indycze korale.
Myślałam, dam ci te moje słowa, coś z nimi zrobisz. Przeszywa mnie
ryk samochodów, a gaz w moim piecyku ma taki tłusty, ciężki zapach.
Och, mój Człowieczku, jestem chora. Zażyłam pigułkę, by zabić cienkie,
papieropodobne uczucie; jesteśmy wszyscy jak gnane drogą świnie,
nasze naćpane mózgi śpiewają chwałę noża.
Więc zostaje cóż: oczekiwanie na oczekiwanie. Ocznienie, obce dniom.
Łuska, prawdziwa i otwarta. Warga zmilczy to do końca. Oto świętowanie.
źródło: Wakat
o źródle i prawach
na licencji
Wiersze dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Użycie niekomercyjne – Na tych samych warunkach 3.0 Polska (CC BY-NC-SA 3.0 PL).
9.09.2026