***
Zbieramy plony. Bocian poluje na pisklęta
i mysie warkoczyki, więc chronię głowę
oraz brzuch przed nim i przed upałem.
Po rondzie kapelusza pędzą żuki, maluchy
przebierają paluszkami wodę w basenie
w przeźroczystą suknię bez larw komarów,
które dajemy na pożarcie złotym rybkom.
Spełnią życzenia, jeśli o nie zadbamy.
W pewnym momencie zostaję z nimi sama
i muszę po sobie posprzątać. Ścielę łóżko
dla przyszłych gąsek i gęsiorów, wynoszę
niepotrzebne rzeczy: zostawiony przez klienta
koguci grzebień, siano z biustonoszy, zbite jaja,
które wturlały się pod fotel i zaczęły śmierdzieć.
Już ich nie znoszę, choć mówią, że kochałam
wielu i na wiele było mnie stać. Złoty zegarek
przestał się nakręcać. Mam wreszcie wolną rękę
i znowu dziecko w sobie. Uciekam z domu na pole.
Zachodzi czyste słońce, zboże schnie z tęsknoty
za chlebem, widmo jastrzębia krąży nad gryzoniami.
Dzielę się z nimi moją miłością: szara polna myszka
wyjrzała nagle z norki i poruszyła wąsikami.
Wiatr wschodni.
źródło: Wakat
9.09.2026