Les Amants, 1928
Czy jeśli położę się na tobie będę rzucać cień? Czy rozwinie
się torbiel, czy wytropię cierń? Nowa twarz, kolaż, malarka,
abordaż. Małe fale: nie zadrżysz, nie zdarzy się nic. Zdyszane
spadniemy z dachu, jak zwykle. W malignie, do szynkwasu,
choć bez szyku. No chodź. Znów cisza. Po krzyku. Czeka mnie
nowa martwa matka, znów kundel zaszczeka i będą mnie grzebać.
Wśród kur. Gdakanie, pijane pianie. Szanowne panie: lejmy jajami.
Spływam po płótnie, cieniuję i zasycham, potworząc skorupę, więc
zedrzyj mnie, proszę, albo zdrap wszystkie strupy. Nie przydam się
na nic, nanizana na nitkę, przewrócona na nice.
Czy jeśli wejdę w ciebie, to wzniesiemy się jak balony z helem,
czy będziemy spadać jak krople i wniesiemy piekło na językach
butów? Czy wzniosą za nas toast zmartwychwstałe matki?
Bozie. Buzie. Bazie. La fille de l’homme, nie chowaj już twarzy
za kotką, za wierzchem dłoni, za morzem namalowanym na
murze, za murami w zamrożonym morzu. Czy kiedykolwiek,
gdziekolwiek cię zobaczę, czy za wzgórzem śnią spalone
miasta? Już czuję dym, a Ty mówisz: Ceci n’est pas une pipe.
I mimo wszystko się nabijamy, wypalamy. Niespieczone
na jednorodną masę, na nagar na garbatej, zaciernionej
drodze. Patrzymy sobie w usta, puszczone za pirs
z torbami, za skorupą farby, miast oczu.
źródło: Wakat
9.09.2026