Metamorfoza
To zdumiewające, jak rzadko zwykły człowiek dostrzega motyle.
– Nabokov
Wydobywamy strumień za pomocą sitka do zupy
oddzielając poczwarki ważek różno- od równoskrzydłych –
ich oczy niczym atramentowe żarówki, szczęki chwytają
zębami światło jak gdyby świat był pełen
malutkich pułapek, każdy mechanizm szpilki do włosów
wywołał zmianę. Taki rykoszet
łaknień domagających się życia, życia, życia przeciw
wodnej ciemni, bulwiastym trzcinom. Wytłumacz mi –
jak wchodząc w życie, udaje im się przeżyć? Opłukuję nasze sztućce
w strumieniu. Upał tak ciężki, że rani skórę.
Bzyczenie dzikich pszczół. Przepływamy przez miasta
pogrzebane w morskiej wodzie, obserwujemy jak butwieją bogowie.
Wydobywamy bogów innych cywilizacji.
Słońce, na przykład. Jeszcze zanim bóstwo stało się
gwiazdą. Skarabeusze z jaspisu wykopane z serc
króli. Niebiesko-zielona woda w świetle dnia stłoczyła się
u stóp wodospadu. Piaskowce, w których kanion rozlewa
swoje zieloności w pnącza. Każde księżycowe
zmartwychwstanie, każda helisa skręcona w komórkach
jesiotra przeznaczonego na tarło –
nic z równowagi, sam rozrost. Korytarz
tysięcy rżniętych w krysztale ludzkich umysłów.
Pryzmaty milczące, zanim uderzy słońce.
źródło: Wakat
9.09.2026