Prawie postać
Za każdym razem, kiedy cię widzę, przypomina mi się Achmatowa
opisująca płonący Leningrad. Płomienie kurhanem
rozpalonych maków; ich czerwień requiem dla kości. Wyobrażam sobie
niepewność, subtelne
oczarowanie ogniem i spalony Pałac Zimowy.
Ludzie wypychają biżuterią kieszenie płaszczy i usta
wszyscy nagle świadomi co znaczy być
ciałem.
Zastanawiam się jak wielu z nich
schodzić będzie w głąb miasta
wracając do swoich domów. Zamknięci
patrzą jak słupy dymu wślizgują
się w powietrze
zwiewne
ambiwalentne
bez smutku, ani nawet potrzeby bycia blisko czegokolwiek lub
kogokolwiek.
W Belfaście, gdzie położyli cię w szpitalu i
leczyli, wciąż śniłam o lekarzach, którzy gigantycznymi dłońmi
maltretują kwiaty.
I o włókienniczych salach, nikłym świetle
gdzie pojedyncze
długie nicie jedwabników
odwinięte zostały z pustych kokonów
przez maszyny –
Jednego dnia mój profesor od entomologii powiedział:
Na odwłoku pustelnika brunatnego
znajduje się znak w kształcie skrzypiec.
Wybacz mi ten stary nawyk. W czynieniu
cierpienia pięknym tkwi pewne ryzyko.
Uświadomiłam to sobie tamtej nocy w podzielonym mieście.
Po skończeniu gry na marnym hotelowym pianinie zapisałam:
Drogi N.,
Chciałabym ściąć włosy
i zrobić z nich pędzle
żeby móc odmalować Belfast
w jego prawdziwej godności.
Cały dzień spędziłam w atelier
gdzie w oknie wystawiono
gliniane kobiece dłonie.
Małe dłonie, żeby utrzymać takie miasto.
Twoja,
K.
źródło: Wakat
9.09.2026