Lekcja geografii
KOPERNIK BABA, napisał ktoś na ścianie.
Od tego się zaczęło, po jakimś tygodniu
pukanie do sali, czy można? Jest lekcja.
Na krótko! Typowa podpucha. Zrobili mu
spłuczkę, konkrety, bez gadania. Po trzecim
zanurzeniu usłyszał ultimatum: „Wyjawisz nam
sekret” (nie widział ich twarzy) „Miejsce, gdzie trzymają
pracę konkursową, tę, która ci dała gwarancję
zwycięstwa i tytuł, wiesz, jaki?”
„Młody geograf”, na sygnał odpowiedzi trafił znów
pod wodę.
Obaj – oprócz niego – włożyli kominiarki.
Noc w szkole. Za jego palcem szli prosto
do celu: sali laureatów. Parę manewrów wytrychem
i już, po robocie, a nie, co jest, to jednak nie
wszystko, niech kujon prowadzi przez dżunglę
pucharów, tam, gdzie jego dzieło, siedzi chyba
głębiej; tak, teraz widzę, wyłania się z dali:
magiczna kula, majestat jej rzeźby, pierścień
równika i plamy kontynentów, globus potężny
jak nie z tego świata, to ten? Kiwnął głową,
globus padł pod ciosami kijów bejsbolowych,
wszystko na podłodze, planeta na złom.
Korytarze miesiącami lustrował na marne,
aż przestał szukać sprawców: ci chłopcy, ach!, wzdychał,
z gracją giną w tłumie, wszyscy mają trądzik
i za długie spodnie.
źródło: Wakat
9.09.2026