Brzemię
Nie piszę o krwi miesięcznej, wkłuwaniu się pod skórę,
skurczach, które generują ciepło. Wiersz jest zapisem strachu.
Spalona korespondencja z młodości, podwiązki, zakładki
z książek, igiełki cedru. Zbiegają się ze sobą. To ciężka choroba
nie móc przystanąć. Nie móc.
Przysłaniam twarz, a ty krzyczysz, że po tamtej stronie
będę martwa. Bardziej się nie da. Więc opuszczasz mnie,
dojrzałe jabłka, kości do gry.
Zamyślam się nad czerwoną pastą z papryki. Zgłodnieliśmy
albo nie możemy sobie wyobrazić zapomnienia, waty w bawełnianych
siatkach. Wypełnione grzebałam w dole, posypywałam wapnem.
Z przeciętych do kości palców, sterczące ścięgna. Po moim odejściu
pozostaną blizny.
Dziury. W jesiennym niebie, kolekcji bursztynów i nosorożców.
Towarzystwo zbiorowej histerii. Mają podobne cienie,
skradają się. Ubrane w flanelowe koszule zdobione
w filcowe kwiaty. Wyściełane liśćmi. Podczas powodzi tracisz
wszystkich z oczu, zostają słowa.
źródło: Wakat
9.09.2026