dziwne wiersze
zaloguj się

Pisząc o zjawiskach (niewiersz)

Pisząc o zjawiskach, dajmy na to – o sytuacji współczesnego nam debiutanta – w sposób bezpośredni trudno (jeśli w ogóle
można) uciec od deklaratywności, a zatem: jednoznaczności. I nie będzie to miało wiele wspólnego z rozróżnieniem:
subiektywne-asubiektywne, nawet przy nadziei, że rozróżnienie takie może nas kiedykolwiek wspomóc. Jeśli jednak
wypowiadam się dla celów komunikacyjnych, powinnam mówić bezpośrednio, nie obrazem, nie skrótem, nie pauzą, nie
uniesieniem brwi, bo inaczej dość prędko zostanę, jako mało komunikatywna, odrzucona. A po cóż innego w ogóle mówić,
jeśli nie po to, żeby do kogoś dotrzeć, usłyszeć na siebie odpowiedź?
Problemem, który mnie zajmuje (także o fizyczne zajmowanie mnie jako pewnego rodzaju lokalu dla siebie tutaj chodzi) jest
nieunikniony paradoks, clash między tym, co chcę, a tym, co chcę, ale inaczej. To są te wszystkie za wysokie koszta
alternatywy, których nie umiem godnie ponieść. Bo z jednej strony, gdyby jednoznaczność, realizacja twardych
wittgensteinowskich postulatów (względnie wersji z włączoną opcją pragmatyczną czyli maksym Grice’a) i chęć przysłużenia
się ludziom były mi bliskie, wybrałabym publicystykę, nie poezję. Z drugiej, gdyby nie pociągała mnie własna chwilowa
deklaratywność, nie targały mną potrzeby ekspozycji, wykładni i jasności (błogość), nie pisałabym przecież wcale, a
najpewniej nie odzywała się w ogóle.
Z tej niemożności zdecydowania, zadeklarowania się i konsekwencji bierze się pozycja, którą coraz częściej i intensywniej
przyjmuję: obserwatora. Milczka, który rozgada się po kilku dniach, miesiącach. Nigdy dla samego gadania, własnej rozrywki
(dlaczego wydaje mi się to marnowaniem energii, napisałam wcześniej), ale zawsze dla czystego (bo odległego) i bystrego
czytelnika, niekoniecznie adoratora, choć wystarczająco często. To pozycja milczka, który owszem, po czasie może
wysmarować elaborat, podanie, ‚profesjonalną’ analizę razem z kilkoma ripostami i zwrotem w sprawie, ale nie jako
bezpośredni korespondent, bardziej jako świadek z przemożną chęcią uniknięcia starej konfrontacji.
Nie jest to pozycja wygodna ani wystudiowana, ani nawet na spokojnie wybrana, choć coraz bardziej siebie świadoma i z
siebie czerpiąca. Bierze się jednocześnie z tzw. życia (doświadczenia) i nie bierze, bo tak jak w pewnym momencie trzeba się
na imprezie odezwać, tak i pęcherzyk wokół mojego podmiotu musi zostać kiedyś nakłuty, by wydobył się z niego (podmiotu,
nie pęcherzyka) jakiś obraz, jęk, upór. Żeby pisać, muszę nieustannie, tj. każdorazowo łamać własne zasady, wcześniejsze
ustalenia między mną metaforyczną (obraz) a mną konkretną (komunikat). Nieustanne nakłuwanie i rekonstruowanie
pęcherzyka. Dlaczego się go nie pozbywam? Czy dlatego, że moje zaangażowanie w świat nie pozwala na taki brak
wyobraźni?
Staram się wierzyć, że w tym podejściu jest jakaś metoda. Że jest we mnie, w tekście coś z anarchistki i coś z przerażonej
prymuski. Jest niezgoda i zgoda, ale inaczej.
I ktoś z czytelników da mi może kiedyś odpowiedź.

źródło: Wakat

komentarze

jeszcze nie ma komentarzy