Dying on the road blues
Konające zwierzę na szosie odwraca łeb w stronę nadjeżdżającego
z tyłu samochodu i miga w snopie. I na co liczy ten strzęp życia,
z którego życie właśnie wartko rozlewa się deltą po asfalcie?
Na pojednawczy strzał czy może na lekarza weterynarii w środku
lasu, Rabbiego, który uzdrawiał ludzi, mających wieczną duszę,
tym bardziej może uzdrowi zwierzę, które nie ma duszy. Może właśnie
dlatego byłoby warte tego dotyku bardziej niż reszta, która ma jasną
perspektywę na nieskończone rozdziawianie ust w jakimś hosanna
czy innym bluesie, który jak wiadomo musi być czarny. I skąd wszyscy
nagle tacy zdziwieni, i byle dalej w mrok, dalej od tego, co odsłania światło
na chwilę, tego co wsiąka, tego, co stygnie. Cichnący skowyt i zdumienie,
że jednak to się w końcu kiedyś stało. I jest. Właśnie teraz, już, nie za chwilę,
że przecież mogłem wyskoczyć wcześniej albo w ogóle zostać w tym lesie
do cholery. Za późno. Nadchodzi, widać odblaski na pniach, słychać śpiew
gumy po drodze, słuchaj. Już tak nie odwracaj łba, i tak nic nie zobaczysz.
Tak teraz trzeba śpiewać, tak. Tylko tak.
źródło: Wakat
9.09.2026